Varia

80 lat temu… 10. lutego…

Dokładnie dzisiaj mija 80. rocznica pierwszej (z czterech) deportacji, jaką Sowieci przeprowadzili na ludności okupowanych Kresów (więcej szczegółowych informacji znajdziecie tutaj: dzieje.pl/aktualnosci/deportacje-polakow).

Dwa lata temu, przy okazji 78. rocznicy drugiej wywózki, z kwietnia 1940 roku, p. Bogdan Rudawiec, zesłany wraz z mamą i siostrą, wspominał:

13 kwietnia miałem 6 lat, 78 lat temu o godz. 8 rano pociąg z dwoma lokomotywami, około 60 wagonów pędził w stronę Kazachstanu. Mama płakała, nerwy puściły. Do tej pory przed wrogiem była dumna i wyniosła. Halinka lat 14 słała na pryczy posłanie, ja w raz innymi dziećmi tłoczyłem się przy małym okratowanym okienku. Pamiętam harmider jaki panował w wagonie i rytmiczny stukot kół na szynach, który towarzyszył przez całe 2 tygodnie tułaczki. Nie odczuwałem tragizmu tej chwili. Bliskość matki i siostry dawały poczucie bezpieczeństwa.

Pan Rudawiec, którego mama – nauczycielka i poetka, była wnuczką zesłańca styczniowego, wspomina, że to obecność i bliskość najważniejszych w jego życiu kobiet osłoniła go w tragicznych chwilach wywózki. Dała mu bezpieczeństwo i siłę. Uchroniła przynajmniej w jakiejś części przed piętnem traumatycznych momentów…

O tej sile polskich kobiet, zsyłanych podczas wszystkich akcji deportacyjnych, nieustannie warto przypominać i opowiadać. Warto pamiętać.  Przyjęło się mówić o kobietach, że to „słaba płeć”. Dziś niektórzy buntowaliby się na użycie takiego określenia wobec kobiet jako dyskryminującego ich prawdziwą siłę. Co jednak rozumie się dziś jako tę siłę…? Pozostawiając to pytanie otwartym, chcę opowiedzieć o sile Polek, która została wypróbowana w ogniu doświadczeń. O odwadze Polek, które przeszły przez dramat deportacji i pozostały Kobietami. O odwadze, która w dużej mierze płynęła z ich wiary w Boga i z przeżywania macierzyństwa.

Ile tej siły trzeba było, wystarczy wyobrazić sobie, próbując wczuć się w sytuację ludzi obudzonych nad ranem, nie spodziewających się zupełnie wydarzeń, których stali się uczestnikami. W środku mroźnej, lutowej nocy, zbudziło ich walenie do drzwi i nakaz spakowania się – w zależności od decyzji dowodzącego przesiedleniem – w 15, 30 minut bądź w godzinę czy dwie… W szoku, wśród płaczu dzieci, wśród lęku i niepewności tego, dokąd zostanie się zabranym… A transportowanym było się najpierw do bydlęcych wagonów, a docelowo – w trakcie kilkutygodniowej podróży,  do różnych części sowieckiej Rosji.

Już ta podróż była zapowiedzią tego, czego można się było spodziewać na jej końcowym przystanku. Ścisk, głód, zimno, robactwo, choroby, śmierć… Dla kobiet potęgowane niejednokrotnie śmiercią niemowląt i dzieci… Po dotarciu do miejsc zsyłki warunki wagonowe jeszcze tylko „przybierały na sile”, a dołączała do nich konieczność wykonywania ciężkiej, fizycznej pracy…

Mimo tych warunków polskie kobiety w wielu przypadkach nie traciły nadziei, siły. Nie ustawały w wysiłkach i trosce o najbliższych, także w trosce o modlitwę, o powierzanie siebie i tych, których kochały, Bogu.

Jak napisano kiedyś na stronach Muzeum Pamięci Sybiru:

Kobiety na Sybirze zmagały się z codziennością, walczyły o przetrwanie rodzin, pracowały, uczyły modlitwy, języka. W nieludzkich warunkach dawały swoim dzieciom wsparcie i opiekę. Chciały, aby cieszyły się choć odrobiną dzieciństwa.
Kobiety młode, dojrzałe, doświadczone przez traumę zesłania – takie widzimy na zdjęciach… Mimo niesprzyjających warunków zesłania chciały być po prostu kobietami. I tęsknotę za tym czuje się w oczach naszych bohaterek.

Pozostawiam tu kilka fotografii tych kobiet – sprzed i z czasu wojny (właśnie ze zbiorów MPS w Białymstoku) oraz kilka fragmentów wspomnień o ich wierze i sile macierzyństwa z mojej książki.

Kilka fragmentów o ich sile.

Pamiętajcie o nich, nie tylko dzisiaj…

fot. Muzeum Pamięci Sybiru

 

wybrane fragmenty różnych wspomnień zesłańców:

„Gdy nasza sytuacja staje się beznadziejna Mamusia zarządza dodatkową modlitwę, niezależną od porannych i wieczornych pacierzy. Klękamy wtedy wszyscy na podłodze, żegnamy się i odmawiamy «Ojcze nasz», «Zdrowaś Mario» i «Pod Twoją Obronę» (…). Na końcu modlitwy Mamusia swoimi słowami wypowiada najważniejsze nasze prośby. Kiedy prosi Matkę Bożą, aby nie pozwoliła jej umrzeć, bo wtedy my sieroty poginiemy, to przeważnie z Ewunią płaczemy”

„Komendant przyszedł zawiadomić mnie, że otrzymałam pieniądze i mam iść do banku, do miejscowości odległej o blisko 50 km od łagru. (…). Gdy byliśmy już niedaleko końca drogi i gdy zaczynało szarzeć – Ircia się obejrzała i stanęła nagle, jakby w ziemię wrosła. – Jezus! Wilki! – krzyknęła. Wprost na nas pędziło sześć potężnych wilków z otwartymi paszczami, były w odległości może z 50 metrów. Ja na to spokojnie szepnęłam (choć do dziś się dziwię, że było mnie na to wtedy stać), żeby szła nie oglądając się. Zaczęłam cicho odmawiać Pod Twoją obronę. I stał się cud. Wilki w pewnej odległości minęły nas i popędziły dalej. Pewnie nie były głodne”

„Klęczymy zwykle na wprost ściany, na której powinien wisieć święty obraz, ale nie wisi, bo go nie mamy. Mamusia ma oczy utkwione w górną część ściany, ale nie patrzy na nią, tylko o jakiś metr dalej. Jak gdyby tam właśnie siedział Pan Jezus i Matka Boska i zastanawiali się jak nas uratować”. Taka modlitwa była dla dzieci świadectwem wiary i skłaniała je do własnej refleksji: „Myślę nieraz czy Pan Bóg – rozważał w kontekście patrzenia na modlitwę matki J. Groblewski – czy Pan Bóg ma tyle czasu, aby rozpatrywać wszystkie prośby biednych ludzi, ale taka modlitwa zawsze nam pomaga, wstajemy z kolan z ulgą na sercu, a najbliższe dni zawsze przynoszą jakąś, choć najmniejszą, poprawę na lepsze”

„Gdy spojrzę przed siebie, w ciemną, nieznaną może straszną przyszłość, wydaje mi się ona tym bardziej straszniejsza, gdy spojrzę na wychudłą twarz mamusi (…). Wszystko w ręku Boga. Wierzę, że On nie da nam tu zginąć, wyrwie nas stąd i pozwoli wrócić do wolnej, niepodległej ojczyzny”

„Na swoje wyprawy Mamusia chodzi sama (…). Wychodzi z baraku (…) gdy jest całkiem ciemno. Najbardziej jest jej strasznie iść samej przez tajgę nocą, gdy tylko pasek nieba widać nad przecinką drogi, a po obu stronach jest ściana czarnej nocy. Przecież w tajdze są niedźwiedzie a można spotkać również złego człowieka. Mamusia mówi, że w czasie drogi cały czas się modli i tylko głęboka wiara w to, że Matka Boska nie pozwoli jej zginąć jeśli od tego, co robi, zależy życie małych dzieci – pozwala jej przezwyciężyć strach”

„W naszych warunkach mieszkalnych i życiowych zachorowałam na obustronne zapalenie płuc, z wodą w lewym płucu, po przeziębionej grypie, na malarię, tyfus brzuszny w czasie epidemii tej choroby i na ostry nieżyt jelit. Nikt z mieszkańców wioski nie wierzył w moje wyzdrowienie. Na szczęście wyszłam cało z tych wszystkich chorób. Choroby moje zwalczał silny organizm, dobrze odżywiany od małego dziecka i pomoc Boża. Modliłam się gorąco z całego serca, aby Bóg nie osierocił mojej jedynej córeczki, aby nie pozostała na łasce obcych ludzi”.

 

Ks. Włodziemierz Cieński, Szef Duszpasterstwa Polowego PSZ w ZSRS , który w czasu pobytu w sowieckiej Rosji miał okazję nawiedzać skupiska polskie, był zbudowany świadectwa polskich kobiet:

 

„Bez względu na to, w jakich polskich skupiskach ks. Cieński się znajdował, zawsze był pod wielkim wrażeniem osobowości i duchowej siły polskich kobiet. Pozostawił po sobie wiele refleksji o roli polskiej kobiety w dziele wiary. W świadectwo jego warto się wsłuchać o tyle uważniej, gdy się sobie uświadomi, w jakich okolicznościach na zesłaniu polskie matki dawały świadectwo o Bogu i mocy wiary – w warunkach cierpienia, głodu, upodlenia, zagrożenia śmierci, ubóstwa. Refleksje ks. Cieńskiego wnoszą nowe światło w zrozumienie i docenienie znaczenia polskich żon, matek, sióstr i córek na wygnaniu.

Psychiczną siłę kobiet ks. Cieński oceniał bardzo wysoko: „W domach polskich były przeważnie kobiety. Nieraz matka umarła, a młoda córka utrzymywała młodsze rodzeństwo. Często ojciec tak się załamał, że nie potrafił zająć się rodziną. Wśród wiejskiej ludności i osadników nie spotkałem ani razu niewiast, które by się załamały do tego stopnia”[1]. Źródła tej siły Cieński upatrywał w religijnym wychowaniu i wierze tych kobiet: „Patrzyłem na nasze polskie niewiasty, na ich ducha, siłę i moc, a przy tym na ich niezłomną wiarę. Podziw i cześć, które miałem zawsze dla polskiej kobiety, wzrosły we mnie do ogromnej potęgi, a wraz z podziwem silne przekonanie, że wróg nie zwycięży Polski, póki mamy niewiasty takiej miary i tak głęboko chrześcijańskie. Trzeba przyznać, że wśród naszego ludu takie kobiety tworzyły trzon. Towarzyszka naszej wędrówki należała do tego samego typu niewiast, z którymi tu się spotykaliśmy. W przeróżnych okolicznościach, jakie muszą powstawać w takiej włóczędze, dała dowody najsubtelniejszej delikatności niewieściej i taktu, a miała zaledwie 21 lat. Wyniosła te zalety z rodzinnego domu. (…) Wartości tych nie utraciła ani w czasie pobytu w więzieniu, ani w wojsku, ani w pracy szpitalnej”[2].

Przedziwna siła wiary polskich kobiet niezależna była nawet od wieku. Znamienną jest postać trzynastoletniej dziewczynki, która pomogła ks. Cieńskiemu i kl. Dzierżkowi w jednym z polskich skupisk przygotować dzieci do I Komunii świętej: „Zaszliśmy na miejsce, gdzie było dużo Polaków. (…). Wiele dziatwy sposobiło się do I Komunii świętej. Miał z tym robotę ks. subdiakon, ja słuchałem spowiedzi, a pielęgniarka nasza, mimo że tego dnia przeszła pieszo około 35 km, musiała odwiedzać chorych. Wtem podeszła do mnie 13-letnia dziewczynka z prośbą, by całej grupie dzieci pomóc w przygotowaniu do spowiedzi św. Niestety, bardzo wielu dorosłych czekało na ten sakrament, więc nie mogłem zadośćuczynić jej prośbie, ale rezolutna dziewczynka oświadczyła: «Tak, ksiądz musi starszych spowiadać, a ja, najstarsza z dzieci, przygotuję resztę do spowiedzi, ale muszę pobiec do domu po książeczkę». Już o zmroku dziatwa zasiadła w przydrożnym rowie i przygotowywała się pod kierownictwem tej młodocianej nauczycielki, wykształconej w najlepszym seminarium nauczycielskim, tj. w rodzinnym gronie wśród licznego rodzeństwa, pod bacznym kierownictwem matki i ojca, i całego jednomyślnego grona sąsiadów z jednej polskiej gminy. Po skończeniu nauki dziewczynka zwróciła się do mnie: «Niech ksiądz teraz zobaczy, czy jesteśmy dobrze przygotowani i proszę nas wyspowiadać»”[3].

Ale także starsze kobiety były tymi, które w umiejętny sposób potrafiły wpływać na sumienia swoich najbliższych, skłaniając ich do przyjęcia sakramentów po wielu latach braku styczności z Kościołem. Ksiądz Cieński opowiadał: „Zanotuję tu charakterystyczne wydarzenie wskazujące na wpływ polskiej kobiety i jej rolę w domu. Mąż naszej gospodyni leżał ciężko chory. Chciałem go wyspowiadać, ale on absolutnie odmawiał spowiedzi. (…) Gdy się obudziłem, jedna z kobiet mówi, bym poszedł spowiadać jej męża. Zdziwiła mnie zmiana, jaka zaszła od wieczora, w czasie którego wysiłki moje pozostawały daremne. Owa kobieta mówi mi jednak, że gdy dzisiaj jeszcze raz wspomniała mężowi o spowiedzi, sklął ją, ale ona rzekła: «Dobrze, więcej mówić nie będę, ale co by twoja matka powiedziała na to, że się nie chcesz wyspowiadać, choć jesteś chory i leżysz w takim miejscu gdzie jest czymś nadzwyczajnym, że się ksiądz znalazł». On krzyknął tylko: «Nie ruszaj matki». «Matki ci nie ruszam, ale ci mówię co ona by powiedziała na to, że ty, jak bezbożnik, nie chcesz księdza i Pana Jezusa odmawiasz». On na to powiedział: «Idź i proś księdza». Rzeczywiście wyspowiadał się pięknie. Mszę świętą odprawiłem na tapczanie, bo nie tyło w izbie ani stołu, ani pieca, tylko ognisko z kominem. To było dowodem postępu, bo zwykle na środku izby było tylko palenisko z dziurą w dachu”[4].

Postawa kobiet polskich musiała być tak przekonująca i zapadająca w serce, że ks. Cieński, konkludując swoje wnioski po całej odbytej wizytacji w Dolinie Fergany, spuentował je, odnosząc się głównie do wrażenia, jakie pozostawiły po sobie napotkane Polki: „Pozostało nam po tej wyprawie przekonanie, że kapłanką wiary w kole rodzinnym jest naprawdę chrześcijańska niewiasta, umiejąca w duszach sobie powierzonych pilnować sprawy Bożej i najszczytniejszych ziemskich ideałów: miłości Ojczyzny i prawdziwego patriotyzmu. Jeszcze nasza sprawa nie jest przegrana, bo wróg nie popsuł duszy polskiej niewiasty!”[5].

[1] W. Cieński, Dalszy ciąg wspomnień z Rosji, w: „Marianum w służbie” nr 1(147)/1981, s. 10.

[2] Tamże.

[3] Tamże, s. 11

[4] Tamże, s. 12.

[5] Tamże, s. 13.

 

Fragment z książki J. Pakuza, Życie religijne wygnańców polskich w Związku Sowieckim w latach 1939-1945 na podstawie wspomnień, wyd. WuEm, Katowice 2018

fot. w nagłówku posta za: nczas.com

2 thoughts on “80 lat temu… 10. lutego…”

Pozostaw odpowiedź Antoni Matuszkiewicz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.