[Maryjne soboty] ~ (cz. 1)

[Maryjne soboty] ~ (cz. 1)

Z Maryją przez wiele lat nie było mi po drodze. Wydawała mi się odległa i niemożliwa do doścignięcia – niczym Usain Bolt, którego na bieżni do nieba nie sposób dogonić… Niby zwyczajna kobieta, a przecież Niepokalana, niby ‚normalna’, a Wniebowzięta. Matka, a przecież Dziewica. Różaniec wydawał mi się nudny, a objawienia fatimskie przerażały straszącą wizją piekła… Taki  „maryjny miszmasz”, który nie zachęcał, by się zaprzyjaźnić…

Po raz pierwszy zaczęłam myśleć o Niej inaczej, gdy obejrzałam „Pasję” Mela Gibsona. Paradoksalnie nie sceny męki zapamiętałam najbardziej, ale prześwity i wspomnienia Jezusa dotyczące Jego chwil spędzonych z Maryją, w Nazarecie. Ich uśmiechy, żarty. Tę codzienną normalność Matki i Syna. Mamy i Dziecka. Zwyczajność.

Te obrazy sprawiły, że zaczęłam postrzegać Maryję jako bardziej ludzką, w najlepszym znaczeniu tego słowa. Najbardziej ludzką z ludzi, choć przecież bez grzechu i czystą. To, co zawsze było dla mnie przeszkodą – nagle stało się bliskie. Do tamtej pory wydawało mi się, że skoro Ona jest czysta, to w jaki sposób zrozumie nas – brudnych od grzechu. Czy nie będzie patrzeć z góry? – myślałam… I wtedy zrozumiałam, że nie – właśnie dlatego, że Ona jest czysta może zrozumieć słabość i pomóc się z niej podnieść, prowadząc ku czystości i świętości. Właśnie dlatego, że żyła stale niebem, może do niego za rękę poprowadzić…

Aspekt codzienności Maryi, Jej otwarcia na Boga a zarazem mierzenia się z Jego tajemnicą, tajemnicą, której częścią się stała, pomogła mi lepiej zrozumieć lektura poematu „Matka” Karola Wojtyły. Jego słowa,  czytane przeze mnie zwłaszcza w czasie ciąży i po urodzeniu dzieci, wprowadzały mnie w jakiegoś rodzaju współodczuwanie z Maryją. Była to jakby nasza wspólna medytacja tajemnicy naszych dzieci… Bycie mamą stało się czymś, co nas zdecydowanie zintegrowało, zbratało – czy raczej zsiostrzyło 😉

W tej drodze zbliżania się bardzo ważna okazała się dla mnie książka Adrienne von Speyr „Służebnica Pańska”. To pozycja niełatwa, czytanie jej wymaga skupienia, lektury „po trochu”, gdyż nie sposób połknąć tych kalorycznych treści w całości – trzeba dać sobie czas, by serce mogło je strawić. Medytacje von Speyr wprowadzają w maryjne zakamarki, pomagają zajrzeć jakby wewnątrz jej serca, zobaczyć więcej i bardziej „zrozumieć” Maryję w jej szczególnym wybraniu, ale wybraniu, które naprawdę nie odgradza jej od nas jak od kogoś gorszego, ale niesamowicie zbliża…

 

I tak postrzegam Maryję dziś. Jest blisko, choć nie rozmawiamy codziennie, ani też codziennie nie kontempluję tajemnic jej życia. Przychodzi czasem, podpowiada o czym pomyśleć, nad czym warto się zastanowić, co „podgryźć” z Jej doświadczenia i dobrej rady. Te momenty wystarczają, by wiedzieć, jak jest dobra i czuła, jak się troszczy i jak z tą troską patrzy na mnie. Choć czasem tak daleko mi, by być do Niej podobną w postawach i uczuciach.

Najważniejsze jednak, że jest i że staramy się być blisko. Staranie to dużo. I za to tę naszą relację lubię. Na różaniec mam czasem po prostu natchnienie. Są tygodnie, gdy go nie odmawiam wcale, a są takie, gdy dusza jest go wręcz spragniona i szeptam słowa „Pozdrowienia…” tuż przed snem, mówiąc je łapczywie, jakby było ich za mało…

A Wy? Jesteście z Maryją za pan brat?

ZapiszZapisz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie opublikowany. Wymagane miejsca do wpisania są oznaczone gwiazką *.