Roztrwoniła?

Na kilka dni przed Paschą ma miejsce spotkanie niezwykle osobiste – Jezus, świadomy, że Jego „godzina” zbliża się nieuchronnie, spędza czas ze swoimi przyjaciółmi. Maria bierze wówczas drogocenny olejek i namaszcza Jezusa. Gdyby nie dopowiedzenie samego Jezusa, nie wiedziałaby, że antycypowała w ten sposób namaszczenie „na dzień Jego pogrzebu”, którego już później nie udało się przecież kobietom dopełnić, bo Jezus uprzedził je, zmartwychwstając. Gdyby wtedy nie zdecydowała się oddać Mu tej szczególnej posługi, tego szczególnego daru, już później nie miałaby okazji.

Jak często chowamy to, co najlepsze, na później, na okazje, które może nigdy nie nadejdą. Zachowujemy najlepsze obrusy, najlepsze zastawy, na wyjątkowe spotkania, zapominając, że każdy obiad zjedzony z rodziną, może być wyjątkowy, a nawet może być tym ostatnim… Trzymamy w szafkach czekoladki, a w barkach wina „na szczególne okazje”, tak, jakby „zwykłe okazje” nie miały w sobie nic szczególnego. Również w kwestiach duchowych – zachowujemy w ukryciu najważniejsze słowa, wyznania, przemyślenia, wierząc, że to jeszcze nie moment, aby je wypowiedzieć, podczas gdy nie mamy pewności, że to właśnie TEN moment jest najodpowiedniejszy, że to właśnie ten moment dzieje się JUŻ… Czekamy nie raz niemal do świtu śmierci, aby powiedzieć komuś „kocham cię”, „jesteś dobry, ważny”, pewni, że tego świtu nie prześpimy… Dopiero potem okazuje się, jak bardzo zaspaliśmy. Dopiero potem okazuje się, że życiowy budzik zawiódł… Ryzykanci z nas…

Maria nie czekała. Nie ryzykowała. Wylała na ciało Jezusa olejek, wartość którego stanowiła równowartość rocznej pensji robotnika. „Roztrwoniła” ją – tę równowartość – w jednej chwili. Co więcej – wytarła ten olejek swoimi włosami. A jego zapach, jego piękna woń, rozniosła się po całym domu.

 

 

W tym pełnym miłości geście Marii, w geście świadczącym również o wielkiej zażyłości i bliskości z Jezusem, inna Maria – bł. Maria Celeste Crostarosa – widziała symbol przyjaźni i miłości, jakiej dostąpić może człowiek kochający Jezusa, w chwili bliskości z Nim – w modlitwie. Modlitwa zakłada przecież także takie „trwonienie czasu” – że chcemy Go po prostu dać Jezusowi, być obecni, być blisko, nie mając z tego namacalnego zysku.

W jednym ze swoich dzieł pisała:

Jakże mogę wyrazić pokój, zadowolenie, pewność, którymi dusza rozkoszuje się w modlitwie? Ucieka w bezpieczne schronienie, pod skrzydła Boga, gdzie ukrywa siebie samą w całkowitym akcie oddania, ofiarowania i zależności od swego ukochanego Dobra. W Nim pokłada całą swoją nadzieję, ukrywa całą swoją nędzę, w Nim odpoczywa we wszystkich swoich krzyżach, w Nim składa wszystkie swoje pragnienia. Z Nim odpoczywa spokojnie: wtedy jej serce pozbawione jest wszelkich lęków, dzięki pewności, która obfituje w duszy. Wtedy też w jednym miłosnym spojrzeniu skierowanym ku Bogu przedstawia Mu siebie samą, wszystkie potrzeby bliźniego i każde pragnienie, którego spełnienia oczekuje. Trwa ona przed swoim Umiłowanym i tym spojrzeniem miłości przedkłada Mu wszystkie swoje sprawy. Jej duchowy wzrok raduje się nie tylko tym, że może się w Niego wpatrywać, ale przede wszystkim tym, że jej Umiłowany patrzy na nią – istotowo, przyjaźnie i miłosiernie (…).

Pewność nadziei, którą daje wiara, rodzi w niej najpełniejszą i najwyższą zażyłość, ufność do jej ukochanego Boga. W swym spojrzeniu ofiarowuje Ukochanemu całą siebie, bez reszty, z całym zapamiętaniem miłości, chcąc całkowicie zależeć od Jego woli i dyspozycji  (…)

Nigdy nie traci ufności ani się nie lęka. Nigdy bowiem nie czuje się zawstydzoną czy też wzgardzoną przez swego potężnego Umiłowanego, bo wie, że gdy ona ucieka się do Niego w swoich słabościach, jest dla Niego honorem wspomóc ją jak ojciec, kochać i ochraniać jak oblubieniec, a jako król świadczyć jej dobrodziejstwa. Dlatego można powiedzieć, że zasiada w jego cieniu (Pnp 2, 3).

W tej modlitwie ofiarowuje się serce Sercu, w prawdziwej przyjaźni (…). W tym oddaniu nie ma innego pragnienia, jak tylko należeć do Tego, którego jedynie kocha. Pragnie „wejść w Jego serce”, by tylko tam zamieszkać. I wydaje się, że w tym oddaniu miłość wypowiada jedynie takie słowa: „Ja jestem tylko dla ciebie, a ty jesteś całkowicie dla mnie”. Doskonale wyraziła to oblubienica z Pnp: Mój miły jest mój, a ja jestem jego (Pnp 2, 16).
Dobro moje jedyne, wystarcza mi posiadanie Ciebie i to czyni mnie w pełni szczęśliwą. Nie pragnę już w tym życiu niczego innego jak tylko Ciebie, jedyne moje Wszystko!”

Może warto przekroczyć konwencje jak Maria? Może warto „zmarnować”, „roztrwonić”, „przepuścić” – czas, zastawę, wino… miłość? Z ludźmi, ale przede wszystkim z Bogiem. Taka okazja naprawdę może się nie powtórzyć…

Na koniec wracam do początku, bo to właśnie od Jesus Christ Superstar rozpoczęłam w pewnym sensie ten Wielki Post – i dlatego zapraszam Was do posłuchania musicalowej ilustracji do Wielkoponiedziałkowej Ewangelii –

 

 

źródło obrazów:

https://www.bog-w-moim-balaganie.com/tag/olejek-nardowy/

https://www.pastors1stlady.co.uk/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.