Adwent

Wigilia i Boże Narodzenie na zesłaniu w Związku Sowieckim

Inspirację dla powstania tego wpisu stanowiła dla mnie rozmowa z naszym przyjacielem, nauczycielem, który opowiadał nam dzisiaj o formie, jaką w tym roku przybrały w jego szkole jasełka. Ich istotą było ukazanie, że Boże Narodzenie nie zawsze i nie każdemu dane było przeżywać w spokoju własnego domu, w poczuciu bezpieczeństwa i rodzinnego miru… Dla wielu, którym przyszło je obchodzić w trudnych, wojennych czasach, miało ono zupełnie inny odcień. Uczniowie, słuchający fragmentów wspomnień byli wzruszeni, niektórym po policzku spłynęły łzy, gdy na przykład słuchali o Bożym Narodzeniu w Auschwitz… Na koniec wybrzmiała poruszająca „Kolęda warszawska” (1939) – posłuchaj TUTAJ.

Rozmowa natchnęła mnie, by podzielić się z Wami kawałkiem mojej pracy naukowej, w której badałam m.in. wspomnienia Polaków deportowanych do Związku Sowieckiego w latach 1940-1941. Jedną z opisywanych przede mnie kwestii była także ta o przeżywaniu świąt na zesłaniu. Dziś ofiaruję Wam fragment tego opracowania:

 

„W warunkach zesłania nie zapominano o organizowaniu nabożeństw i wspólnej modlitwie, jednak najbardziej czekano na dwa największe w tradycji religijnej, ale też w polskiej obyczajowości, święta tzn. na Boże Narodzenie i Wielkanoc.

W polskiej tradycji Boże Narodzenie charakteryzowało się zawsze bardzo wyjątkową atmosferą. (…) Grudniowe święta były przez Polaków od stuleci w pewnym sensie wyróżniane, bowiem „ich religijna treść, o bogatej obrzędowości, przez stulecia głęboko splotła się z rodzinnym charakterem, napełniając te dni zupełnie wyjątkowym klimatem emocjonalnym, czyniącym je najważniejszymi dniami w roku” .
Było tak również dlatego, że „w Bożym Narodzeniu Bóg jest bliski, chwytający za serce, zwłaszcza ludzi ubogich. Bo przecież urodził się w ubogiej stajence (…), do której przychodzą pasterze czuwający przy owcach na hali (…). Tu widzimy Boga jako słabe dziecię wymagające opieki, tak podobne do naszych dzieci. Jego Matka, to nie tylko znana z częstochowskiego obrazu Pani i Królowa, z korona na skroni, ale kobieta podobna do innych matek, opiekująca się Nowonarodzonym i martwiąca się, że nie ma go gdzie położyć i czym przykryć (…). Dlatego do Niej i do Dzieciątka jest łatwy dostęp dla każdego, choćby i dla największego grzesznika, a zwłaszcza dla ludzi ubogich i nieszczęśliwych”. W realiach wygnania, ubóstwa, zimna deportowani, jak chyba nigdy wcześniej w swoim życiu, poczuli wyjątkową więź z Boskim Dzieckiem, które przyszło na świat także w warunkach trudnych i niesprzyjających. Być może dlatego pozostało w ich wspomnieniach tak wiele relacji o tym, w jaki sposób próbowali przeżywać zesłańcze wigilie i święta Boże Narodzenia.

Do polskich tradycji związanych z wieczorem poprzedzającym uroczystość Bożego Narodzenia zaliczała się przede wszystkim wieczerza wigilijna. Przez cały dzień zachowywano post, w międzyczasie zajmowano się przygotowaniem odświętnej oprawy domu, strojeniem choinki. Wieczorem odświętnie ubrani mieszkańcy zasiadali przy stole, na którym znajdowało się dwanaście bezmięsnych potraw oraz dodatkowe nakrycie dla wędrowca… Tak było tak było oczywiście przed wojną, w ojczyźnie… Zesłańcze wigilie musiały się siłą rzeczy od nich różnić. Jednak lektura ich wspomnień pozwala dostrzec wielość form wigilijnych spotkań oraz prób nawiązania świątecznych tradycji.

O dzień Wigilii i o jego kształt, zabiegać trzeba było z wyprzedzeniem. Dla Sowietów, którzy nie liczyli się ze zwyczajami zesłańców, ustalając czas pracy w taki sposób, że egzekwowano go nawet w niedzielę, nie zamierzali robić wyjątku dla Bożego Narodzenia. We wspomnieniach można jednak znaleźć (wymagające odwagi ze strony deportowanych) opisy prób uzyskania zwolnienia z obowiązku wyjścia w ten dzień na roboty: „Przed świętami Bożego Narodzenia grupa naszych rodaków udała się do komendanta z prośbą o dzień wolny od pracy, chociaż w pierwszy dzień uroczystości, który zobowiązaliśmy się odpracować. Komendant przyjął ich dość życzliwie, lecz oświadczył, że nie może uwzględnić tej prośby, ponieważ rozmawiał w tej sprawie ze swoim zwierzchnikiem i on kategorycznie się temu sprzeciwił” . Podobne trudności napotykały dzieci, które – jeśli zdecydowały się na nieobecność na zajęciach szkolnych, z powodu świąt – szykanowano i wyśmiewano: „Ja sama chodziłam do szkoły i gdy na Święta Bożego Narodzenia nie przyszłam na lekcje, nazajutrz cała klasa wraz z nauczycielką wygwizdała mnie. Może ktoś nie uwierzy, ale tak było” .

Jeśli tylko istniała taka możliwość, starano się zadbać o odpowiedni wystrój miejsca, w którym rodzina mieszkała. Czasem te wieczorne spotkania uświetniała skromna choinka ozdobiona np. łańcuchami „zrobionymi z sowieckiej gazety” lub drobnymi światełkami: „U nas miały się zebrać Polki z dziećmi, bo tylko my miałyśmy choinkę ze świeczkami (mała, sztuczna, przysłana przez rodzinne z kraju)” . Zesłani dbali w tym dniu o schludny ubiór: „Wszyscy ubieramy się w porządne ubrania. Mamusia zrobiła sobie fryzurę, taką ładną z lokami, jak tatuś lubił” – wspominała jedna z zesłanych. Próbowano stworzyć namiastkę tego, co przeżywało się w Polsce, ale nie zawsze było to w stanie ukoić pełne tęsknoty polskie serca. Z jednej strony cieszono się na przygotowania, z drugiej strony odkładano i odciągano w czasie moment rozpoczęcia wigilii, bo wiedziano, jak pełna uczuć i łez będzie to chwila: „W dniu wigilijnym, kiedy wszystkie matki wróciły po pracy do lepianki, każda z nich ociągała się z robieniem posiłku, odczuwając czas tej emocjonalnej chwili, która niedługo miała nadejść” . Ta chwila była szczególnie trudna dla tych, którzy nie znali losu swoich najbliższych – mowa przede wszystkich o rodzinach, które nie wiedziały jeszcze wtedy, że ich krewni nie żyją już od kilku miesięcy zamordowani w Katyniu i innych miejscach kaźni wiosną 1940 r. Ich wspomnienia z tego okresu brzmią szczególnie przejmująco: „Smutna chwila dzielenia się opłatkiem. Jakże inna od tych samych chwil w domu, gdy zbierała się cała rodzina i we wspólnym szczęściu i radości łamała się opłatkiem. Myśli biegną wciąż daleko do Ojca który nie wiemy, gdy się znajduje. (…) Różne były Wigilie – jak to w rodzinie – smutne i wesołe, ale takiej jeszcze u nas nie było: bez Ojca, bez cioci, daleko od tych wszystkich kochanych twarzy, spożyta przy maleńkim stole, w ziemiance na pół zawalonej śniegiem syberyjskich stepów. Dlaczego? (…) Kochana mamusia zrobiła nam Wiliję jak na tutejsze warunki wspaniałą” . Inna zesłana opisywała: „Dzielimy się opłatkiem ze łzami w oczach, składamy sobie życzenia serdeczne, płacząc. Myślimy o naszych najbliższych, o mężach i ojcach w Murnau i Starobielsku. Jaka jest ich wigilia. (…) Z pewnością nie jest im łatwo” . W tych momentach bliskość między matkami i dziećmi jeszcze bardziej się zacieśniała: „Wieczór był wigilijny. Grudzień 1941 r. Z miską pełną pierogów usiadłam u nóg mamy. Przytuliłam głowę do jej wychudzonych kolan (…). Wiedziałam, że myśli nasze w tej chwili były takie same: przy Ojcu uwięzionym przez katów, o którym nie było znaku życia. (…) Jakże wtedy w ciężkich momentach mojego życia, wdzięczna byłam Bogu, że pozwolił mi być z nią razem, że mi ją zostawił” .
Ten dzień łączył serca oddalonych od siebie tysiącami kilometrów: „Wychodzę na chwilę za próg domu, spoglądam na niebo usiane gwiazdami. Może i tatuś patrzy na nie, może wiec razem wypatrujemy tej jedynej, prowadzącej do ojczystego Betlejem. – Jestem przy tobie, ojcze, dla kochających serc nie ma granic, nie ma odległości” . Syn nie mógł wtedy jeszcze wiedzieć, że ojcu nie dane było dożyć tej wigilijnej nocy roku 1940.

 

(zdj. za: Muzeum Pamięci Sybiru; sybirackie pamiątki, m.in. modlitewniki, różańce i obrazki ze świętymi)

Gdy zebrani na wieczerzy objęli sercem i modlitwą wszystkich swoich bliskich, przystępowali do tradycyjnego łamania się opłatkiem. Zdarzało się, że opłatki były przysyłane w paczkach z Polski, jednak nie wszystkim dane było taki opłatek posiadać, dlatego tradycyjny „biały chlebek” zastępowano zwykłym chlebem, opłatkami własnego wyrobu, względnie lepioszkami lub naleśnikami . Opłatek był wówczas dla zesłanych symbolem sacrum, dlatego z odwagą broniono świętości, jaką symbolizował: „Na kilka dni przed pierwszą na zesłaniu wigilią Bożego Narodzenia w 1940 r. brygadzista zwolnił nas, abyśmy mogli pójść do babci. W dniu «wieczerzy wigilijnej» enkawudziści przyglądali się według nich dziwnemu zwyczajowi. Dzieląc się opłatkiem, brat z Jankiem, chyba w dobrej wierze, podeszli do stojących enkawudzistów dając im opłatek. Jeden z nich podany mu opłatek rzucił na ziemię spluwając za nim. Widząc to uczestnicy wieczerzy wolno ruszyli w kierunku tych, którzy zbezcześcili jeden z symboli naszej wiary. Przerażeni enkawudziści szybko opuścili barak” .

Łamaniu się opłatkiem towarzyszyło składanie życzeń. Najczęściej przewijającym się we wspomnieniach życzeniem było to, dotyczące powrotu do ojczyzny: „Życzenia – jedne – abyśmy następne święta Bożego Narodzenia spędzili w Polsce, razem z rodzinami” . Były to chwile pełne wzruszenia: „Dzielimy się opłatkiem ze łzami w oczach, składamy sobie życzenia serdeczne, płacząc” . Dla niektórych jednak życzenia o powrocie do kraju były jeszcze perspektywą zbyt śmiałą – marzono o sprawach innych: „Kobiety składały sobie i dzieciom życzenia. Nie pamiętam, żeby którakolwiek życzyła powrotu do wolnej Polski. To było zbyt dalekie i nierealne w tym bezkresnym, stepowym kraju. Wśród życzeń i marzeń tych zesłańców było otrzymanie miejsca w jakiejkolwiek ziemiance, oraz powrót mężów i ojców z więzień i łagrów, lub choćby najmniejsza wiadomość o ich życiu” .

Po życzeniach zasiadano do stołu, który zastawiony był w zależności od możliwości zgromadzonych osób, rozmaitymi „potrawami”. W przypadku bardziej „wystawnych” wieczerz przygotowywano rozmaite dania robione z dostępnych wówczas składników lub z pożywienia specjalnie oszczędzanego na okres świąt. Pośród relacji znaleźć można następujące: „Jest sałatka z fasoli z ziemniakami i cebula, ryż na słodko z olejkiem ananasowym (…). Pani Bielska (…) przyniosła miejscowy przysmak – kułagę, tj. zupę z podkiełkowanej i lekko przefermentowanej pszenicy, która przypomina w smaku zupę jabłeczną” . Inna deportowana opisywała: „Kolacja wigilijna składała się z klusek z bielszej mąki i ryby. Spory kawałek wybornego piernika, jak również z placka, które dostałyśmy od Pani Fiedlerowej, uświetniły menu. Na zakończenie podano tradycyjną kutię, bez żadnych dodatków poza miodem – była świetna” . Opisy te można by mnożyć, jest ich bowiem wiele. Te przykładowe ukazują wigilie jak na tamte warunki „obfite”.
Ale były też wieczerze dużo skromniejsze: „Czarny chleb był też jedynym daniem wigilijnym. Musiał zastąpić 12 tradycyjnych dań” . Istnieje też wspomnienie opisujące kobiety, które kupiły przemarzniętą kapustę i gotowały ją na piecyku, „kiedy kapusta się ugotowała, okutani we wszelkie ubrania i płaszcze, zeszliśmy z prycz i zbliżyliśmy się do piecyka (…). O czym mogły myśleć te usypiające kobiety-matki wywiezione w bezkresne stepy Kazachstanu za to tylko, że były Polkami? (…) O jednym na pewno myślały (…): jak utrzymać przy życiu przytulone dzieci. Z głębi serca błagały o to Jezusa i Ostrobramską Matkę Miłosierdzia” .
Są jednakże świadectwa jeszcze bardziej poruszające: „w jurcie przeżyłam drugie w Rosji Boże Narodzenie. Ktoś nie zapomniał o tej dacie. Był to bardzo smutny dzień. Mowy nie było o żadnej wigilii. Wtedy nic nie mieliśmy do jedzenia. Z moim bratem biegaliśmy po okolicy, by złapać psa i zabić go, ale nie udało się nam” .

Dlatego dla zesłańców, którym przyszło przeżywać święta w podobnie ubogich okolicznościach, a zwłaszcza dla dzieci, był to czas wyjątkowo trudny, w którym nadzieja, symbolizowana przez betlejemską gwiazdę, zderzała się z rozpaczą, symbolizowaną przez mroki tej najdłuższej w roku nocy. Dzieci, mimo młodego wieku, dostrzegały przepaść dzielącą święta, jakie pamiętały z Polski, z tymi wygnańczymi. Paradoksalnie miały właśnie w te świąteczne dni bardzo głęboką świadomość, że odarto je z beztroskiego dzieciństwa, do którego miały prawo: „Przypomniałam sobie obraz Malczewskiego Wigilia wygnańców. Wyraz twarzy siedzących wokół nędznego stołu i otoczenie było podobne do naszego, tyle, że tam byli sami mężczyźni, a tu same kobiety i dzieci. Nie ma koło nas strojnej choinki, nie ma rozradowanych dziecinnych buzi. Zabrano nam dzieciństwo. Już nie jesteśmy dziećmi” . Dreszczem przeszywa jednakże jeszcze inne, dziecięce wspomnienie: „[Boguś] wieczorem, gdy prosił mamę o więcej zupy, a nie dostał, bo nie było, zwrócił się do niej, mówiąc: «dlaczego mnie urodziłaś?» To pytanie przeraziło nas, było ono bowiem krzykiem rozpaczy małego, siedmioletniego chłopca, którego bezwzględny los obdarł z dzieciństwa” .

Po mniej lub bardziej sytych wieczerzach zasiadano wspólnie do śpiewania kolęd. Czasem udało się przebić przez nastrój wzruszeń i śpiewać radośnie, ale częściej zdarzało się, że śpiew przeradzał się w płacz: „Zaczęliśmy nawet śpiewać Wśród nocnej ciszy…, ale słowa kolędy ugrzęzły w zaciśniętej krtani i zamieniły się w głośny szloch” . Czasem zmieniano teksty kolęd czyniąc z nich modlitwę skierowaną do Boga i wołanie o wybawienie: „Zabrzmiała kolęda Wśród nocnej ciszy, a potem dodano słowa Wśród mroźnej, syberyjskiej nocy. Nie był to jednak śpiew. Był to głos jęku i płaczu. Był to głos wołający do Boga o miłosierdzie, o uwolnienie z nieludzkich warunków bytowania” . Zachowały się wspomnienia informujące o tworzeniu przez dzieci i młodzież kolędowych pochodów, nawiedzających Polaków ze śpiewem kolęd. W niektórych posiołkach Sowieci zdawali się przymykać oko na kolędowe zwyczaje, co więcej – czasem sami przychodzili popatrzeć i posłuchać polskich pieśni: „Zaczęto śpiewać kolędy, a łzy płynęły wszystkim z oczu, gdy śpiewano: «Podnieś rączkę Boże Dziecię», zmieniając tekst na: «Wróć nam Ojczyznę miłą i wróć nas do Niej!» Z braku miejsc w klubie wielu zesłańców stało na zewnątrz, śpiewając kolędy. Przyszła też cała władza obozu, naczelnik, enkawudziści, ale nie interweniowali” . Taka postawa władz stanowiła jednakże raczej nieliczne wyjątki.
Obecnym Sowietom Polacy nie utrudniali włączania się w śpiew czy obserwację. Widać w tym głębszy zamysł, który trafnie ujęła w swoim pamiętniku s. M. Furgałowska, niepokalanka zesłana do Irkutskiej oblasti’, która na dzień świąt wyjęła figurkę Dzieciątka Jezus, zabraną ze sobą z Polski:

(s. M. Furgałowska; fot. udostępnione mi przez rodzinę s. Marii)

„Na wilię postroili się, a szczególnie dzieci, w ubranka nowe, z tych koców poszyte, i śpiewali pieśni, aż barak się rozlegał. (…) Nie myślałam, aby Dzieciątka dziś wyciągać, ale Pan Jezus miał inne zamiary. (…) Wzięli go na stół i zaczęli śpiewać kolędę Wśród nocnej ciszy – i inne. Jak się zaczęli schodzić (…), to aż ściany rozpierali od śpiewów i ciasnoty. Moskale nie mogli się napatrzeć (…), a Dzieciątko się uśmiecha i wszystkich przyjmuje. I tak śpiewali, myślą będąc w naszej Polsce i kaplicy (…). Tym razem Rosjanie nam nie przeszkadzali, nie zabraniali” . Budująca wydaje się postawa tej prostej zakonnicy, która w uśmiechu Dzieciątka dostrzegła symbol Bożej miłości, przyjmującej wszystkich. Nie ma w jej słowach niechęci do Sowietów, jest raczej radość, że tej nocy miłość Bożego Dziecięcia objęła również ich. Paradoksalnie nie stało by się tak, gdyby nie zesłanie i obecność Polaków w głębi Rosji. Być może dzięki ich tułaczce przesłanie betlejemskiej nocy dotarło do serca któregoś z sowieckich żołnierzy i je poruszyło?

Enkawudziści nie byli jednakże jedynymi, których przyciągało polskie Bożonarodzeniowe świętowanie. Przyglądali się mu z ciekawością również miejscowi: „Wszyscy śpiewamy kolędy – aż nagle stukanie do drzwi. Stoją w drzwiach okutane w chustki rosyjskie kobiety. Przyszły zobaczyć nasze Boże Narodzenie, prawdziwy święty obrazek jawnie powieszony na choince, krzyżyk ułożony z kawałków drzewa. Płaczą! (…). Widziałam ich roziskrzone oczy wpatrzone i zasłuchane w opowieści mojej matki o innym świecie, o wolności, i innym życiu tam daleko w jej ojczyźnie, gdzie walczą ich mężowie, synowie, przyjaciele. Walczą, ale za jaką przyszłość? Ach, jaka była ich radość, kiedy na pożegnanie tego wieczoru otrzymały obrazki świętych. Chowały te relikwie głęboko za pazuchy. Od tego pamiętnego dnia przychodziły często do mojej matki po rady i pocieszenie” . W ten sposób obchodzenie przez Polaków świat nabierało wymiaru świadectwa.

Spośród tęsknoty za najbliższymi, za Polską i pośród uczucia rozpaczy, rodziła się jednak w tę wigilijną noc nadzieja, błyskająca światłem betlejemskiej gwiazdy i rozpraszająca choć na chwilę ciemności zesłania. Wśród wspomnień nie brakuje bowiem opisów bardzo treściwych teologicznie. Co więcej, zadziwia głębia przemyśleń, nawet dziecięcych, które wypowiadały wówczas słowa wyjątkowej treści. Wypowiadały je szczerze, bez pozy, bez patosu. One były ich doświadczeniem, dramatycznym, ale też wzruszającym głębią. Jeden z chłopców wspominał: „Wigilię w roku 1940 spędziliśmy w warunkach wyjątkowo przykrych. Właśnie w ten dzień, który tak nas nastrajał wewnętrznie, musieliśmy się przenosić z baraku, w którym mieszkaliśmy, do innego (…). Temperatura tego dnia wynosiła -40 C. (…) Jak wyglądała Wigilia można sobie wyobrazić. Śpiewaliśmy kolędy i płakali nad naszą niedolą. Może nigdy przedtem nie rozumieliśmy Narodzin Jezusa w stajni Betlejemskiej tak głęboko i rzeczywiście. To nas pocieszało w tragicznej, wygnańczej sytuacji, wypędzonych z kraju” .
Jedna z matek natomiast tak tłumaczyła swojej rodzinie ich położenie w wigilijny wieczór: „Był rok 1941. Zbliżało się Boże Narodzenie. (…) Starszy syn pyta: – Mamo, czy naprawdę zostaniemy w tych lasach na zawsze? – Na pewno nie zostaniemy – odpowiada mama. Pan Jezus i Matka Boża dopomogą nam się jakoś stąd wydostać. Malutki Jezus nie zapomni o dzieciach, którym jest tak bardzo źle na świecie. On sam też miał ciężkie życie. Nawet płakał jak Mu było zimno, gdy był malutki. Kiedyś, przed wielu laty, gdy żył na świecie, darzył dzieci szczególną miłością. Lubił z nimi i o nich rozmawiać. Tak jest napisane w Świętych Księgach. Właśnie dziś jest wigilia Bożego Narodzenia. Będziemy wspominali jak to było w tych dniach w domu, w Polsce. – A co to jest wigilia? – pyta Jasiek. – Wigilia to jest przeddzień przyjścia na świat Bożego Dzieciątka. Tego dnia ludzie w Polsce uroczyście świętują. Podczas wigilijnej wieczerzy wspominają tych, z którymi są rozłączeni. O nas sobie też na pewno najbliżsi przypomną. A tato was nie zapomni nigdy… Iskierka nadziei zatliła się w ich małych serduszkach” .

Mimo niemożności uczestniczenia w jakichkolwiek obrzędach religijnych związanych z Bożym Narodzeniem, gdyż – jak wspomina deportowana: „Niestety nie było Pasterki, w pobliżu nie istniał żaden katolicki kościół, a nawet nie istniała żadna cerkiew (zamieniono je na magazyny)” – ludzie wspominali czasy, gdy jeszcze w wolnej Polsce brali udział w mszach z okazji uroczystości Narodzenia Chrystusa: „25. grudnia. Na myśl przychodzą wspomnienia dawnych czasów: wigilia w domu (…). Słyszę kolędy wspaniałe, kochane. Potem pasterka. Kościół pełen ludzi. Przy ołtarzu kapłan z Najświętszym Sakramentem wzniesionym nad głowami ludzi. Znów gromkie kolędy. Ach, jaka żałość za serce chwyta (…). To wszystko przeszłość. Jesteśmy w Azji, w Rosji Sowieckiej, otoczeni zewsząd cudzymi, innymi ludźmi. Jednak i nad tymi ludźmi jest jeszcze KTOŚ Wielki, Potężny, którego oni nie chcą znać, ale ja Go znam i wierzę, że On nas zbawi, On nam ześle pomoc. On nie dozwoli nam tu zginąć, ale wróci nas do domu, do Ojczyzny, do swoich” .

Wspominanie świąt, a zarazem przeżywanie ich na zesłaniu, pomagało zesłanym odczuwać obecność Nowonarodzonego Dziecięcia, z którym dzielili oni rzeczywistość wygnania, ubóstwa, lęku oraz nieprzychylności potęg świata i jego rządzących. To właśnie ten wymiar świąt nie był dla wierzących namiastką – wielu z nich realnie odczuwało obecność Boga w ich położeniu. Nie można bowiem zapominać, że mimo wszelkich wysiłków, by odtworzyć na wygnaniu atmosferę polskich świąt, inne jego elementy były tylko substytutem oraz próbą doświadczenia w świątecznych dniach choć chwili normalności, której w momencie deportacji zostali brutalnie pozbawieni. W tej kwestii nie mogą mylić nawet starannie przygotowywane przez wygnańców wieczerze, ozdoby, potrawy. Jak bowiem trafnie wyjaśniała jedna z zesłanych:

„«Normalność» życia była w dużej mierze wytworem naszej wyobraźni, a także zależała od głębi religijności Polaków oraz tradycji domów, w których się oni urodzili i wychowali, bardzo istotna była też pomoc i przyjacielskie gesty współtowarzyszy niedoli. Wielu znajomych pyta mnie zwłaszcza, gdy zbliżało się Boże Narodzenie jak wyglądały nasze wigilie tam. Odpowiadam: zwyczajnie, jak można było na «nieludzkiej ziemi» zorganizować choćby namiastkę Wigilijnej Wieczerzy? Jakim sposobem zdołaliśmy, będąc tam, wywołać atmosferę Świąt? Nasze ówczesne wigilie, dzięki matce, były bardzo proste, ubogie, wymuszone warunkami w jakich żyliśmy. (…) Dzięki tym skromnym dostępnym dla nas obrzędom wigilijnym tworzyliśmy sobie pozór normalności. (…) Święta w Polsce nie kończyły się przecież na wigilii. Chodziło o ciągłość Świat Bożego Narodzenia o obchodzenie ich jako całości, brakowało nam podniosłego nastroju, towarzyskich wizyt, widoku na ulicy ludzi odświętnie ubranych, zdążających do kościoła. Jednak Polacy musieli wdrożyć się do zastanych warunków. Nawet tak skromne obchodzenie wigilii i Świąt Bożego Narodzenia pogłębiało tęsknotę za Ojczyzną. Tak zapamiętałam moje wigilie, które przeżywałam jako mała dziewczynka, jednak na tyle duża, by móc je po latach przywoływać w pamięci. To są wigilie widziane oczami dziecka, ale nad wiek dojrzałego, które postrzegało otaczający świat jasno, wyraziściej realistycznie. Oczywiście wigilie były tylko wycinkiem surowego świata na zesłaniu nie zrozumiałego dla dziecięcej wyobraźni, ale sybirackie dzieci musiały się w tym świecie odnaleźć, żeby przetrwać. Nie było miejsca na sentymenty, nadmierną wrażliwość, którą zabiły ciężkie warunki” .

Gdy zatem zasiądziemy do wigilijnego stołu, ucieszmy się, że dane nam jest spożywać ją w (s)pokoju; obejmijmy pamięcią tych, których Wigilie nie raz były pełne smutku, cierpienia… i myślmy też o tych, którzy we współczesnym świecie nie mogą świętować w bezpiecznych warunkach. Niech mały Jezus, który także narodził się w nieidealnych warunkach, który doświadczył prześladowania, wygnania, obejmie swoją miłością każdego człowieka.

 

 

Obraz główny: Geri Melchers – The Nativity

Fragment pochodzi z książki: https://silesia.edu.pl/slask/index.php?title=%C5%BBycie_religijne_wygna%C5%84c%C3%B3w_polskich_w_Zwi%C4%85zku_Sowieckim

4 thoughts on “Wigilia i Boże Narodzenie na zesłaniu w Związku Sowieckim”

Pozostaw odpowiedź Andrzej Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.