Nasycając serce. O jesiennej trosce o wewnętrzny płomień.

„Życie współczesne nie sprzyja refleksji. Cechuje je chroniczny pośpiech i brak czasu. Ostatnią deską ratunku jest dla wielu chwila skupienia porannego i wieczornego. Gdy go, najczęściej z własnej winy zabraknie, życie staje się zazwyczaj całkiem uzewnętrznione. Kto ma możność zajmowania się nauką i sztuką, znajduje w nich pewne elementy pogłębiające. Moje obecne życie także cierpi na uzewnętrznienie, pośpiech i brak czasu. Ratuje mnie jednak sama treść pracy, muszę się i ja liczyć z tym, że nie jest to samo mówić o Bogu, a przeżywać zjednoczenie z Nim. Tym cenniejsza jest każda chwila w życiu człowieka świeckiego”

 

Te słowa zapisał w latach 60. XX wieku bł. ks. Władysław Bukowiński, apostoł Kazachstanu. Wywołując te słowa nie zamierzam bynajmniej ubolewać nad „dzisiejszymi czasami”, które zdają się jeszcze bardziej (niż owe „dzisiejsze czasy” lat sześćdziesiątych, kiedy cytowany powyżej tekst powstawał), nie sprzyjać refleksji i ciszy. Chcę raczej w krótkiej chwili zastanowić się, jak te słowa mogą harmonizować ze zbliżającą się jesienią, która zwykła skłaniać ludzi ku zamyśleniom i ciszy. Tak pięknie tę charakterystyczną jesienną atmosferę wyśpiewał przed laty Seweryn Krajewski piosenką z tekstem Agnieszki Osieckiej:

„Pora wrócić do dawnych rachunków,
tych z gazownią i tych z Panem Bogiem
Pora wrócić do starych frasunków,
już zima za progiem.

Oj długie te nasze jesienie,
przedpokoje, przedsionki i sienie,
przed zimą ostatnie postoje,
niepokoje, spokoje….

Czas wyciągnąć obrączki z szuflady,
być gotowym na ważne narady
Pora zioła zaparzyć przed snem,
pogwarzyć z psem…”

Temu właśnie sprzyja jesień. Ta z długimi popołudniami i wieczorami, z chłodem za oknami, z kolorowymi liśćmi, z dźwiękiem chopinowskich akordów za pazuchą…

Sprzyja temu, by zamyślić się, by trawić fakty, wydarzenia, treść swoich myśli. Znaleźć czas, by ogarnąć sercem każdy mijający dzień. Aby tak się działo, warto wypracować sobie własny rytm czy sposób reflektowania nad sobą, nad wydarzeniami, próbując objąć je jakąś metha refleksją, która nie tylko z dnia na dzień, ale też z dystansu pomaga patrzeć na życie. Starając się – by tak to ująć, nie skupiać się tylko na jednym z kamyczków mozaiki, ale widzieć ją co jakiś czas z góry, by rozumieć, w jaką całość się ona układa. Pomagać w tym mogą niezawodnie m.in. czytane książki, ale przede wszystkim obecność ludzi, rozmowy z nimi (to przedziwne, że nawet, gdy patrzymy z góry i wydaje nam się, że wszystkie elementy mozaiki są na swoim miejscu, potrzeba słowa „z Wysoka”, ale też od drugiego człowieka i głębi jego przenikliwości).

Każdy może znaleźć sobie na to własne sposoby, dopasowane do osobowości, charakteru. Nie odkryję Ameryki, gdy wśród moich wymienię m.in. wspomnianą wyżej lekturę książek czy słuchanie muzyki bądź wybranych wykładów, konferencji lub audiobooków. Jednak tym najbardziej kluczowym jest cisza, będąca jednocześnie wyrazem troski o duszę, o jakość życia wewnętrznego.

Niełatwo ją wybierać. Podświadomie próbujemy zagłuszać nasz świat, tak, by coś mówiło/grało/działało. Odruch, by kliknąć play na YouTubie albo odpowiednim przyciskiem uruchomić którąś z popularnych platform oferujących wybór filmów i seriali… Warto jednak czasem tę chęć odeprzeć i dać sobie moment na bycie w bezgłosie, usłyszenie swoich myśli, wzięcie do ręki brewiarza, rozmowę z Bogiem, rozmowę ze sobą. To porządkuje, stawia do pionu, odciąga od wychylającej się z kąta bylejakości, rozumianej też jako letniość czy płytkość myśli… bez niezbędnej dla życia głębi.

Jednym z takich sposobów są też reminiscencje. Czasem konkretny zapach, widok, dźwięk, sprawia, że powraca jakaś myśl z przeszłości. Ten krótki impuls łączy pamięć z jakimś uprzednim wydarzeniem/sytuacją, a czasem przypomina, jakim było się w swoich dobrych momentach i jak gdyby motywuje na nowo do dobra. Mircea Eliade pisał o takich chwilach:

„Im dłużej żyję, tym bardziej jestem przekonany, że (…) jakiś pejzaż, ulica, wydarzenie mają oczywiście swój własny, świeży urok, ale jednocześnie stanowią sygnał wywoławczy niezliczonych, drobnych wspomnień – czasem pozornie bez najmniejszego znaczenia, jednak wzruszających i w końcu cennych; i tak własnie odzyskuje się zapomniane czy zaniedbane fragmenty osobistej historii. W jakiś sposób przemierzając znane czy nieznane przestrzenie, podróżuję jednocześnie w przeszłości, w mojej własnej przestrzeni”

To kilka konceptów na to, by nie przechodzić bezwiednie z dnia w dzień. Cóż, wiadomo – są takie wieczory, że zmęczenie właśnie snem przenosi nas w dzień kolejny. Ale na dłuższą metę trudno jest żyć tylko tak. Warto życie nie tylko przeżywać, ale i je „myśleć”. Warto mieć „to coś”, co pozwoli serce napełnić treścią, to, co je nasyci, co nie pozwoli się wypalić wewnętrznemu płomieniowi, który każdy z nas niesie w sobie i może obdzielać nim innych, wcześniej jednak samemu podsycając ten płomień, by serca nie wychłodzić, nie wygasić.

Tą przedjesienną analogią kończę, życząc w sercu ciepła Miłości. Niech ogrzewa Was i tych, których kochacie. Zbierając zapasy „opału”, kolekcjonujcie drewienka, węgielki, papierki, które przejmą płonący już ogień…

obraz za: https://www.etsy.com/pl/listing/735172777/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.