Teologia,  Varia

Patrzcie, jak oni się… nienawidzą

W kwietniu bieżącego roku przypadała 300. rocznica objawienia reguły Zakonu Najświętszego Odkupiciela (siostry redemptorystki), który powstał kilka lat później, w 1731 roku, we włoskiej miejscowości Scala na Wybrzeżu Amalfitańskim. Jego założycielką była bł. Maria Celeste Crostarosa (1696–1755). Wspomnianą rocznicę miałam możliwość świętować wraz ze wspólnotą sióstr – w jedynym w Polsce klasztorze zakonu, w Bielsku-Białej. Tak, ale dlaczego – może ktoś zapytać – piszę o tym teraz, gdy za oknami już nie wiosna, a jesień, a drzewa już nie kwitną, lecz zrzucają kolorowe liście?

Cóż, treści, z którymi na nowo spotkałam się dzięki temu jubileuszowi, mocno we mnie przez ostatnie miesiące pracowały. Reflektowałam przede wszystkim nad pierwszą (a zarazem jedną z dziewięciu) zakonną regułą, którą Chrystus trzy wieki temu objawił młodej Crostarosie, a która także do naszych czasów pasuje jak ulał. Co ciekawe, nie było to wskazanie dotyczące umartwienia, pokory, postów czy czystości. Pierwszą regułą nowego zakonu miała być „Jedność i miłość wzajemna”. Regułę tę poprzedza w oryginale fragment z Ewangelii według św. Jana: „To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,12–13). Crostarosa, wsłuchując się w słowa Odkupiciela, kontemplowała przez całe swe zakonne życie tajemnicę jedności i starała się wcielać w codzienności nowe przykazanie zostawione uczniom w wieczerniku przez Jezusa. Doszła do głębokiego zrozumienia tego, że ona i jej duchowe córki, żyjąc miłością i jednością, mogą stać się w Kościele promieniującymi świadkami miłości, którą Ojciec umiłował świat w swoim Synu. Choć każda z nich indywidualnie może być poprzez naśladowanie (wł. sequela) „żywym wizerunkiem” Chrystusa, to dopiero jako wspólnota – zjednoczona i miłująca się wzajemnie – mogą stać się „żywą pamiątką” (wł. viva memoria) Jego miłości, przekonując swą postawą ludzi o tym, jak bardzo zostali przez Syna ukochani, umiłowani do końca.

Związek między „naśladowaniem” a „pamiątką” jest kluczowy dla zrozumienia i interpretacji duchowego przesłania Crostarosy – mianowicie: aby wspólnota była autentyczną pamiątką (jakże blisko tu już do wymiaru eucharystycznego – „to czyńcie na moją pamiątkę”!), wszyscy jej członkowie winni być żywymi wizerunkami. Myślę, że to sprzężenie odkryte przez bł. Marię Celeste jest zasadnicze także dla „być albo nie być” współczesnego Kościoła (i jego przyszłości), w którym i jedność, i miłość między chrześcijanami bywają „towarem deficytowym”. Jednocześnie, aby zaistniały głęboka jedność i głęboka miłość, trzeba osobistego wzrastania w świętości, stawania się podobnym do Chrystusa, kochania innych miłością, którą czerpie się od Niego.

Pisząc o jedności, nie mam na myśli tylko (a na pewno nie w pierwszej kolejności) jej wymiaru ekumenicznego. Tak, od wielu już lat modlimy się (chociażby corocznie w styczniu, gdy przeżywamy Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan), by wszyscy uczniowie Chrystusa „złączeni węzłem jednej wiary i chrztu świętego” byli w Nim jedno. Czasem mam jednak wrażenie, że w Kościele potrzebowalibyśmy jeszcze innego „tygodnia” (miesiąca bądź roku) – modlitw o jedność… katolików. Niestety coraz częściej mam wrażenie, że w ciągu roku przeżywamy ów jeden tydzień przeznaczony tematowi jedności chrześcijan, a pięćdziesiąt jeden pozostałych tygodni dedykujemy „niejedności katolików”. Rozdzielam to świadomie, nawet nieco przerysowując, może i ironizując, ponieważ uważam, że trudno będzie chociażby o głęboką jedność ze wszystkimi chrześcijanami w ogóle, jeśli w Kościele katolickim jesteśmy podzieleni, wrodzy sobie, nielubiący się, niekochający się. Jak echo wraca przestroga św. Pawła zapisana w Liście do Galatów (5,15): „A jeśli u was jeden drugiego kąsa i pożera, baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli”. 

I znowu – nie chodzi mi tylko o ważkie i dyskutowane kwestie, jak na przykład brak jednolitej postawy miłości katolików w odniesieniu na przykład do skrzywdzonych w Kościele, osób znajdujących się z różnych powodów na jego obrzeżach czy sytuujących się „poza” nim itp. Myślę zwłaszcza o podstawowych relacjach w parafiach, wspólnotach i między katolikami w ogóle. Z wielkim poruszeniem czytałam wpis, który jakiś czas temu opublikował w mediach społecznościowych o. Mateusz Filipowski OCD; wpis, w który, odnosi się do obu ww. kwestii (extra– i intrakościelnych):

W ostatnich dniach doświadczyłem kumulacji katolickich dyskusji na tematy różne (tak, często na bardzo gorące tematy). Dawno się nie spotkałem z takim poziomem agresji, przemocy słownej, braku kultury osobistej, hipokryzji, sekciarskiego myślenia, wulgarności i zwykłej pogardy ludzkiej.

Przyznam, że w środowiskach pozakościelnych nigdy się nie spotkałem z takim wykwitem postaw antyewangelicznych i antyludzkich. I naprawdę, nie dziwię się, że ludzie dystansują się od chrześcijaństwa i katolicyzmu.

To, co porwało starożytny świat ku chrześcijaństwu, to nie ortodoksja (rozumiana oczywiście nie jako nowość Dobrej Nowiny jako takiej, ale jako zamknięty, dopracowany i spójny system filozoficzno-teologiczny), bo ta się przecież żywo kształtowała w początkowych wiekach, poza tym, filozofia grecka była równie a może jeszcze bardziej atrakcyjna intelektualnie dla ówczesnego człowieka, niż nowa wiara przybyła z dalekiej Judei. To, co pozyskało dla Ewangelii ówczesny świat, to przede wszystkim zupełnie inna i dotąd niespotykana ortopraksja, sposób postępowania wśród chrześcijan żyjących pod wpływem tejże Dobrej Nowiny.

Czas kontrreformacji przestawił akcent na ortodoksję jako wyznacznik autentycznego chrześcijaństwa. Nie bagatelizuję i nie podważam tego. Jednak współczesny świat na naszą ortodoksję reaguję dziś albo alergicznie, albo z obojętnością (posłuchamy was innym razem). Dlaczego? Upatruję to w tym, że nasza ortopraksja nie jest spójna z ortodoksją, którą mamy wypisaną na ustach.

Wątpię, by współczesny świat, tak jak ten starożytny, mógł dać o nas katolikach świadectwo: „patrzcie, jak oni się miłują”. Patrząc zaś na ortopraksję wielu ortodoksyjnych katolików można raczej rzec: „co mi po Twojej prawdzie, skoro mnie nią ranisz i zabijasz”.

Dla dzisiejszej ewangelizacji punktem wyjścia jest ortopraksja a nie ortodoksja (punktem wyjścia podkreślam, bo przeczuwam, że „ortodoksi” się rzucą na mnie za te rzekome brednie).

Albo nawrócimy naszą ortopraksję, bardzo radykalnie i skutecznie, i wyjdziemy ku drugiemu „Ty” z ewangeliczną miłością, albo umrzemy zamknięci w wieczerniku z doskonałą i nieskazitelną ortodoksją, zakopawszy ją w ziemi, niczym człowiek z przypowieści o talentach.

 

Tak, dziś wielu ludzi patrzących z boku na postawę katolików mogłoby zakrzyknąć ewentualnie: „patrzcie, jak oni (się) nienawidzą; zobaczcie, jak oni (się) nie lubią”. Naprawdę, są katolicy, którzy nie widzą sprzeczności w tym, by przyjąć Chrystusa w Eucharystii, a chwilę później, czasem nawet tuż po wyjściu z kościoła, obmawiać, kopać dołki pod tymi, których uznają za personae non gratae, plotkować na czyjś temat, okazywać nieprzychylność czy pogardę, kłamać na czyjś temat itp. Nie widzą też problemu, by ferować słowa nieżyczliwości wobec osób „spoza” wspólnoty Kościoła, które mają odmienne zdanie, myślą inaczej niż oni. Jakże daleko są wówczas od Jezusowego marzenia o jedności i o tym, by wszystkich przyprowadzić do Ojca, także te „inne owce” (por. J 10,16), które są jeszcze poza owczarnią… Od Jezusa, który tuż przed swą męką w czasie modlitwy arcykapłańskiej mówił do Ojca: „Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał” (J 17,20–21). Jeśli cokolwiek ma jeszcze wzniecić wiarę w Boga w tym świecie, to z pewnością jedność tych, dla których wzorem powinna być jedność boskich Osób.

Ale jak wzniecić tę wiarę najpierw w tych, od których najbardziej jej oczekujemy – od katolików? Co zrobić, by uwierzyli w sens jedności i miłości? Być może jest to kwestia kształtowania świadomości, konsekwentnego i wytrwałego formowania serc. Aby wyrazić to, co mam na myśli, jeszcze raz odwołam się do Crostarosy i słów, które usłyszała od Jezusa po przyjęciu pewnego dnia Komunii Świętej:

Tego ranka zapraszam cię w sposób szczególny do mojego serca, gdzie z miłością na ciebie czekałem. Chcę, abyś w nim poślubiła wszystkie dusze, które są w moim Kościele, a także te, które nie są jeszcze w jego łonie. Tego właśnie pragnę, abyś kochała je taką samą miłością, jaką Ja je kocham, z całego serca. I tak jak Ja myślałem więcej o nich niż o sobie, kiedy byłem na świecie, tak i ty nie myśl więcej o sobie, ale o zbawieniu tych dusz, które Ja tak bardzo kocham. Dlatego kładę na tobie moją prawicę i przybliżam cię do mojego serca. Gdy Ja obejmuję ciebie, ty w moim sercu obejmij wszystkie moje stworzenia. Poprzez pocałunek jedności ze Mną ty obdarzaj je pocałunkiem miłości w moim sercu. Przyjmując w swoim sercu moje serce, kochając je zawsze jak swoje własne, obejmij w nim mocno węzłem miłości wszystkie moje dusze. (…). Od teraz na zawsze będziesz je kochać we Mnie i Mnie w nich (Rozmowy z Jezusem, VIII).

 

Czy to nie ta sama narracja, którą znajdujemy w Ewangelii św. Jana, wyrażona jedynie innymi słowami, ale przywołująca tak samo jak tam głębokie znaczenie jedności? Czy to nie podobne zdania jak te, które usłyszał Szaweł od Jezusa, który powiedział mu, że utożsamia się z Kościołem („Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz” – Dz 9,4). Czy nie brzmią one w stylu św. Pawła, który wyjaśniał w swych listach znaczenie jedności [żeby przywołać tylko jeden z wielu fragmentów na ten temat: „Znosząc siebie nawzajem w miłości, usiłujcie zachować jedność Ducha dzięki więzi, jaką jest pokój. Jedno jest Ciało i jeden Duch, bo też zostaliście wezwani w jednej nadziei, jaką daje wasze powołanie.  (…) Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich, który jest i działa ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich” (Ef 4,2–6)]?

Gdybyśmy my, katolicy, patrzyli na innych w ten sposób, do jakiego zachęcał Crostarosę Chrystus, gdybyśmy pamiętali, że jesteśmy w Nim jedno, gdybyśmy nie zapominali, że On kocha innych tą samą miłością, co nas; gdybyśmy mieli świadomość, że krzywdząc innych, krzywdzimy Jego… Może wówczas Kościół i świat wyglądałyby inaczej.

Kochać innych w Chrystusie i Jego w nich. Czy to marzenie ściętej głowy, niemające szans na realizację? A może jesteśmy od jego realizacji bliżej, niż nam się wydaje? Czy mamy jednak w sobie na tyle siły, by naśladować Jezusa w takiej miłości?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, odwołam się do tekstu Andrzeja Wodki CSsR, który odpowiada na to pytanie w nietypowy sposób:

„Jak Ja was umiłowałem” (J 13,34). Może się okazać przydatnym pogłębienie szczególnego znaczenia przysłówka „jak / kathôs” [Ja was umiłowałem], które można interpretować w sensie rzeczownikowym (= z tą samą miłością). Przyjrzyjmy się zatem jeszcze kilku innym ważnym aspektom tego przysłówka. Kathôs może mieć znaczenie „jakościowe”. Pierwsza cecha „jak” odnosi się do jakości miłości Jezusa: jest ona przede wszystkim darem, łaską. Dlatego Jezus zwraca się do Ojca: „Miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, niech będzie w nich, a Ja w nich” (J 17,26). „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem” (J 13,34). Jest to zatem „ta sama miłość”, którą Ojciec miłuje Syna, a w Nim nas wszystkich, ta sama miłość, która „rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5,5). Jest to zatem miłość nadprzyrodzona. Jest to agápe, która pochodzi od Boga i czyni wierzącego umiłowanym przez Boga i dlatego „kochającym”. Działanie Ducha Świętego sprawia, że otrzymana agápe staje się najbardziej osobistym aktem wierzącego, nie przestając być agápe-miłością, której podmiotem jest Bóg. Bóg sam kocha w tym, kto kocha Jego własną agápe. Każdy uczeń Jezusa ma więc w sobie ogromną energię, nieskończoną zdolność kochania i może stać się kanałem tej Miłości. Wszystko zaczyna się od Jezusa: „My miłujemy, ponieważ On pierwszy nas umiłował” (1 J 4,19). 

Zakonnik zupełnie odwraca perspektywę! Pokazuje, że sami z siebie nie możemy kochać jak Jezus, nie możemy Go jeden do jeden naśladować w miłości. On zresztą nie jest ani nie pretenduje do tego, by być zwykłym wzorem do naśladowania, kimś, kto zostawił nam suche wskazania, których my (o własnych siłach) nie umiemy wypełnić. To nie tak, że On powiesił nam poprzeczkę na najwyższym możliwym poziomie, a my jesteśmy za niscy, by do niej kiedykolwiek doskoczyć.

Nie.

Jezus zostawił nam nowe przykazanie w czasie ostatniej wieczerzy, przykazanie, które poprzedza regułę, od omówienia której rozpoczęłam, ale przy tej samej okazji zostawił nam też Siebie samego w Eucharystii, byśmy przyjmując Go, jak niegdyś bł. Maria Celeste, kochali siebie i innych Jego miłością: to sam Chrystus (to Jego własna miłość jako Syna) staje się obecny we wzajemnej miłości uczniów, to Jego miłość przechodzi na nich, kiedy miłują swoich braci i są umiłowani w odpowiedzi wzajemności.

*

PS Dewiza nowego papieża, Leona XIV, brzmi: In illo uno unum – „W Nim stanowimy jedno”. Przypadek?

Nie zapominajmy o tej pocieszającej prawdzie. Potraktujmy ją serio.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.