Twarz czasu

Dopiero dziś dotarła do mojej świadomości informacja o aplikacji, która, uchylając rąbka tajemnicy, pozwala „zajrzeć w przyszłość” i antycypować w  obrazie własnej fizjonomii, jaki stanie się naszym udziałem za kilka lat.  Nieco z zaskoczenia zostałam z tym stanem zaznajomiona. Refleksja po? Cóż – jak mówią na Śląsku – „gena nie wydłubiesz” 😉

W kontekście „fejsappu” przypomniał mi się mój tekst, jaki popełniłam wiele lat temu, zauważywszy na swojej twarzy zmiany spowodowane nie aplikacją, ale życiem, a szczególnie macierzyństwem (wtedy jeszcze podwójnym). Zapraszam Was zatem w małą podróż nie w przyszłość, ale w przeszłość 🙂

 

***

 

twarz czasu (z Panem Cogito obserwuję w lustrze swoją twarz…)
z dnia: kwiecień 02, 2015

Twarz. Otrzymana, kształtowana od początku, urodzona ze mną – moja. Zapożyczona od przodków, ale z dodatkiem mojej unikalności. Ich i moja. Lecz jednak przecież że bardziej m o j a… Dawna i nowa. Stworzona i stwarzana, w swoim wyjątkowym creatio continua… Łącząca przeszłość z teraz.

Uczyłam się jej długo. Uczyłam się ją poznawać, akceptować. Uczyłam wyrażać na jej obliczu moje emocje, uczucia, siebie, tę całość jaką jestem.

Myślałam, że dobrze ją znam. Aż do niedawna.
Do tego niedawna, gdy przed kilkoma dniami uświadomiłam sobie, jak przez ostatnie lata jednak się zmieniła.

Przekształcona i inna. Choć przecież ta sama.
Zmieniona przez następstwo wiosen, ciążowe modyfikacje, nieprzespane noce, troskę, zamyślenia, uśmiechy i radości… „Zmimifikowana”.
Mela Koteluk uchwyciła ten proces w jednym ze swoich tekstów w słowach: „gdy kobieta kocha od ciszy pęka głowa i starzeje twarz”. A zatem to twarz zmieniona miłością. Aha. A zatem miłość przekształca nie tylko wnętrze…

Tęsknię za twarzą, która została przemieniona. Przyzwyczaiłam się do jej wyrazistości, do jej moizmów. Do swojskości mimiki, grymasów, spojrzeń.

Nową muszę jeszcze przestudiować, do końca się zaprzyjaźnić, na dobre i na złe.

Przedziwny proces… Trochę jak u Herberta:

Pan Cogito obserwuje w lustrze swoją twarz”

Kto pisał nasze twarze na pewno ospa
kaligraficznym piórem znacząc swoje „o”
lecz po kim mam podwójny podbródek
po jakim żarłoku gdy cała moja dusza
wzdychała do ascezy dlaczego oczy
osadzone tak blisko wszak to on nie ja
wypatrywał wśród chaszczy najazdu Wenedów
uszy zbyt odstające dwie muszle ze skóry
zapewne spadek po praszczurze który łowił echo
dudniącego pochodu mamutów przez stepy
czoło niezbyt wysokie myśli bardzo mało
– kobiety złoto ziemia nie dać się strącić z konia –
książę myślał za nich a wiatr niósł po drogach
darli palcami mury i nagle z wielkim krzykiem
spadali w próżnię by powrócić we mnie
a przecież kupowałem w salonach sztuki
pudry mikstury maście
szminki na szlachetność
przykładałem do oczu marmur zieleń Veronese`a
Mozartem nacierałem uszy
doskonaliłem nozdrza wonią starych książek
przed lustrem twarz odziedziczoną
worek gdzie fermentują dawne mięsa
żądze i grzechy średniowieczne
paleolityczny głód i strach
jabłko upada przy jabłoni
w łańcuch gatunków spięte ciało
tak to przegrałem turniej z twarzą

Zgoda na to, że czas maluje na twarzy rysy dotąd nieznane, jak malarz, ulepszający swe dzieło kolejnym pociągnięciem pędzla.

Zmieniam się, mimo że
…kupowałam w salonach sztuki
pudry mikstury maście
szminki na szlachetność

przykładałam do oczu marmur zieleń Veronese`a…

Zmieniam się, bo kocham. I mimo wszystko dlatego się nie buntuję. Nie wyglądam dziś jak w dniu, gdy miałam dwadzieścia czy dwadzieścia pięć lat. Nie wyglądam jak wtedy, gdy samotnie przemierzałam ścieżki życia, czekając na miłość.

 

Dziś wyglądam jak dziś (sic). Gdy życie wzięło już do rąk pędzel miłości i przekształciło swe dzieło o nowe rysy, o nowe unikalne znamiona.

I znów Mela:

Przyglądam sama sobie
smaruję usta miodem
włosy upinam w kok
Mówili w domu o mnie
wiatr na pogodę
dziś spokój dogania mnie

Przyglądam się sobie. Patrzę na „stare” zdjęcia. Szukam mięczyczasu zmian, które zaszły, i mimo wszystko dogania mnie spokój, bo zmiany te naznaczyła miłość.

To trochę jak (jako że jestem na bieżąco przy małym M.) w bajce Auta 2, gdy w pewnym momencie Złomkowi chcą „domodelować wizualizację”, czyli usunąć z jego karoserii ślady rdzy i zniszczeń, stwierdza on, że „nikt mnie nie będzie picował. Żadne takie. Nie po to je [uszkodzenia] zbierałem. (…) Za każdym razem był przy nich mój kumpel Zygzak McQueen. Nie chcę ich usuwać, są na wieczną rzeczy pamiątkę, jako suweniry”.. 😉 Rozumiecie, prawda… 🙂

Owe uszkodzenia nie są one oczywiście ostateczne. Zmiany naniesione choćby przez macierzyństwo nie wykluczają rzecz jasna troski o siebie, nie zwalniają od odpowiedzialności o starania się o swoje zewnętrzne piękno, urok, wygląd, którego jednym z symboli jest twarz. W istocie idzie o to, by pewne niezależne od nas zmiany starać się odczytać w kluczu dobra i, akceptując, wykuwać z nich nadal siebie, może jeszcze piękniejszego niż wcześniej, bo ozdobionego miłością? Zachwycać, czarować, olśniewać, wprawiać w zachwyt, bo kochać…

***

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.