Historia,  Varia

„Wrześnie jak niemy płacz psałterzy…” – u progu rocznicowego września

Zbliża się wrzesień, a wraz z nim 85. rocznica wybuchu drugiej wojny światowej. Jej obchody już wkrótce będą szeroko opisywane i komentowane. Zanim to nastąpi, warto wybiec myślą ku tej dacie, pytając o to, co wyraża, do czego wzywa. Niech osią poniższych rozważań staną się dwa słowa, które były hasłem przewodnim rocznicowych uroczystości sprzed pięciu lat – Pamięć i przestroga.
„Pamięć”
Przysługuje ona przede wszystkim ofiarom. Im należy się ona w pierwszej kolejności. Ale czy pamięć o milionach ofiar kataklizmu wojny toczonej w latach 1939‒1945 dotyka jeszcze świadomości żyjących współcześnie ludzi? Czy te „miliony” jeszcze przemawiają do wyobraźni karmionej natłokiem informacji? To pytanie zawoalował wiele lat temu Zbigniew Herbert w wierszu Pan Cogito czyta gazetę, przypominając o tym, jak szybko człowiek uodparnia się na wiadomości o „żołnierskich hekatombach”, koncentrując się raczej na opisach codziennej makabry:
„120 poległych
daremnie szukać na mapie
zbyt wielka odległość
pokrywa ich jak dżungla”.
Jak puentuje – „cyfra zero na końcu/ przemienia ich w abstrakcję”.
Jeśli jedno zero może „wyłączyć nasze współczucie”, o ile bardziej kilka – bo przecież w kontekście drugiej wojny światowej mówi się o nawet 50 milionach ofiar… Czy zatem „wielka historia” jeszcze nas porusza? W jaki sposób mówić i w jaki przypominać o historii, by guzik współczucia pozostał w naszych głowach wciśnięty?
Jedną z metod jest takie uczenie i opowiadanie o historii, które nie tylko uwzględnia szerokie tło historyczne, nie tylko karmi naszą wiedzę deskryptywną, ale także docieranie do ludzi poprzez tzw. małą historię, a więc spersonalizowaną, zindywidualizowaną, odbitą w losach konkretnych ludzi. Poprzez wzbudzanie w odbiorcy emocji i współczucia.
Znamy takie małe-wielkie wojenne historie z rodzinnych opowieści. Znamy z książek. Znamy z filmów – tak dokumentalnych, jak i fabularnych, z seriali. Szeregowiec Ryan, Katyń, Przełęcz ocalonych, Listy z Iwo Jimy etc. Kto nie pamięta Richarda Wintersa i dziejów kompanii „E” z serialowej – ale opartej na faktach – Kompanii braci albo opowieści Eugena B. Slegda czy Roberta Leckiego, na podstawie których kręcono serial Pacyfik, niech szybko nadrobi zaległości.
Choćbyśmy jednak przeczytali setki wspomnień i obejrzeli tyle samo dokumentów na temat wojny, nie zdołamy objąć naszą pamięcią wszystkich ofiar. Niektóre znamy z imienia i nazwiska. Ale wielu zabitych pozostanie już na zawsze anonimowych. Niewyrażona zostanie głębia ich cierpienia, strachu i lęku, których w czasie wojny doświadczyli. Jest jednak ktoś, dla kogo żadna z tych osób nie jest bezimienna. To Bóg, który każdą z ofiar zna po imieniu, o którym psalmista pisał:
„Ty zapisałeś moje życie tułacze; przechowałeś Ty łzy moje w swoim bukłaku: czyż nie są spisane w Twej księdze?” (Ps 56,9).
Żyjemy dzięki pamięci Boga. Dotyczy to także tych, którzy odeszli. Chrystus zbiera w swoim sercu ich cierpienia i łzy; żadnego ani żadnej z nich nie utraci. Przypominał o tym papież Benedykt XVI podczas wizyty w Instytucie Pamięci Yad Vashem w Jerozolimie w 2009 roku, cytując słowa z Księgi Izajasza:
Dam w moim domu i w moich murach stelę oraz imię (…), dam im imię wiekuiste i niezniszczalne” (Iz 56,5),
podkreślając, że imiona ofiar są na zawsze zapisane w pamięci wszechmogącego Boga.
„Przestroga”
„Wojna to okrutne, haniebne i straszliwe marnotrawstwo. Walka z bronią w ręku pozostawia niezatarte piętno na tych, którzy muszą brać w niej udział”, pisał E.B. Sledge, Amerykanin, uczestnik krwawych walk z Japończykami na Peleliu i Okinawie. A jednak, jak poetycko ujmował to w wierszu Historia K.K. Baczyński, nadal „jeszcze słychać śpiew i rżenie koni” – nadal w wielu częściach świata toczą się wojny, giną żołnierze, cierpią cywile, płaczą dzieci. Historia się powtarza, choć wszyscy mają świadomość, że wojna zawsze jest przegraną wszystkich, porażką ludzkości. Oczywiście – wiele decyzji dotyczących konfliktów zbrojnych toczy się poza zasięgiem „zwykłych ludzi” i nie mamy na nie wpływu. Jednocześnie „na nic się zdadzą międzynarodowe rozmowy o pokoju, jeśli nie będzie go w sercu pojedynczego człowieka” (Benedykt XVI). Dlatego trzeba, pielęgnując pamięć, traktować ją również jako przestrogę i modlić się o pokój. Modlić się, starać się być ludźmi błogosławieństw, czyniącymi pokój, rozsiewającymi go wokół siebie:
„O Panie, uczyń z nas narzędzia Twojego pokoju,
abyśmy siali miłość, tam gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje rozłam;
prawdę, tam gdzie panuje błąd;
wiarę, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;
radość, tam gdzie panuje smutek…”.
Może właśnie takiej pamięci oczekiwaliby ci, którzy nie przeżyli wojny lub, przeżywszy, przez całe życie nieśli w sobie jej ciężar?
Z jednej strony warto podtrzymywać w sobie wspomnienie o ich życiu, bo oni naprawdę na to zasługują, ale z drugiej dobrze by było, gdyby to wspominanie zmieniało nas, wzbudzało świadomość, że pokój nie zaczyna się w ustaleniach wielkich tego świata, w traktatach i paktach, ale zaczyna się w każdym z nas.

Obrazy: canva i kard z czołówki serialu Pacyfik, prod. HBO.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.